Tegoroczną nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych otrzymał Richard Thaler, przedstawiciel behawioralnej szkoły ekonomii. Koncepcje Thaler’a znane są od lat jednak nagroda noblowska sprawiła, że w publicznym dyskursie najmocniej zaistniał jeden z jego konceptów określany mianem paternalistycznego libertarianizmu. Thaler sporo uwagi poświęcił rozwikłaniu tego (pozornego?) oksymoronu, jednak jego odczytanie przez media, zarówno te hołdujące wolności jak i te wspierające interwencjonizm okazuje się być skrajnie różne.

Ekonomia, dokąd próbuje pozostać nauką społeczną, zajmuje się generalnie badaniem tego, w jaki sposób ludzie podejmują decyzje i działają próbując zrealizować własne cele. Z chwilą, kiedy ekonomia nawiązuje romans z ideologią lub polityką, staje się próbą przedstawienia tego, w jaki sposób ludzie powinni podejmować decyzje i jak powinni działać, przy czym przyczyny owych powinności, ale także jej cele, różnią się w zależności od tego, co autor konkretnej koncepcji myśli o człowieku jako takim, świecie, w którym człowiek działa i roli jaką człowiek w świecie spełnia lub powinien spełniać, o ile oczywiście uważa, że człowiek istnieje po to, aby jakąkolwiek rolę spełniać. Z tą chwilą ekonomia przestaje być nauką (ze wszystkimi zastrzeżeniami dotyczącymi naukowości ekonomii), a zaczyna nauczać.

Trudno zaprzeczyć twierdzeniu, że człowiek, wyznając jakiś system wartości, działa kierując się własnym zyskiem pozwalającym mu zbliżyć się do założonego przezeń celu, jakiegoś rodzaju dobrostanu. Nie ma również wątpliwości co do tego, że człowiek, podejmując decyzje i działając, postępuje racjonalnie. Zaprzeczenia i wątpliwości pojawiają się dopiero z chwilą, kiedy zaczynamy odnosić pojęcie zysku wyłącznie do „obiektywnych” kategorii finansowych, a pojęcie racjonalności konfrontować albo ze stanem „zobiektywizowanych” przekonań na temat prawidłowości jakiegoś postępowania, albo ze średnią ludzkich zachowań – co w zasadzie na jedno wychodzi. Wyznawcy zaprzeczeń i wątpliwości próbują zatem urządzić nam z życia coś na kształt Familiady – wprawdzie punkty dodawać się mają wedle matematycznych reguł i zawsze chodzić ma o to, aby na koniec zebrać ich więcej niż pozostałe drużyny, ale prawidłowość odpowiedzi  skutkująca wygraną poddana zostaje pod osąd tego, co na zadany temat najczęściej myślą inni.

Thaler zauważa, że skoro ludzie mają bardzo różne, czasem skrajnie odmienne poglądy na temat tego, co dla nich dobre a co złe, to tam, gdzie jedni dostrzegają zysk inni widzą wyłącznie stratę. Na potrzeby budowanej przez siebie teorii wychodzi również z założenia, że ludzie wprawdzie działają racjonalnie, przynajmniej w kontekście ich aktualnych preferencji, jednak bardzo często są leniwi, a zatem wyżej cenią święty spokój od niekończącego się zgłębiania okoliczności mogących mieć wpływ na podejmowane decyzje. Dopuszcza zatem konstruowanie „opcji domyślnej”, która nie likwidując swobodnego wyboru, którego dokonać może każdy, jedną z możliwości prezentuje jako lepszą od innych. Nie wiadomo jednak, i tego Thaler nie wyjaśnia, kto i na jakich zasadach miałby ową „opcję domyślną” konstruować i jak daleko mógłby się posunąć w narzucaniu owej domyślności. Jest zatem libertariański paternalizm Thaler’a czymś w rodzaju supermarketu, który wprawdzie umożliwia zakup dowolnego piwa spośród dostępnych na półkach, ale niektóre z nich, lepiej eksponowane, prezentowane są jako lepszy wybór.

Kłopot polega na tym, że o ile w przypadku supermarketu łatwo możemy domyślać się przesłanek jakimi kieruje się sprzedawca prezentując nam „opcję domyślną”, o tyle w przypadku innych wyborów, zwłaszcza tych wskazywanych przez państwo, motywy działania pozostają, delikatnie mówiąc, niejasne.

Czy ekonomia daremnie szuka precyzji nauk matematyczno – fizycznych gdy zachowania ludzkie trudno zawrzeć w prawach i formułach zbudowanych wokół aksjomatów znaczeniowych i metod pomiarowych? Czy kiedyś podjęta decyzja o zamazaniu rozdziału człowieka jako jednostki od społeczności jako ich zbioru jest trwała i ostateczna? Być może nie jesteśmy ani całkowicie sami ani nieodwołalnie i całkowicie w grupie, ale człowiek to swego rodzaju mikroekonomia a społeczność to pewien rodzaj makroekonomii. Zatem, skoro i w mikro i makroekonomii zasady działania winny opierać się na tych samych lub bardzo zbliżonych prawach, zawsze warto zapytać, dlaczego ekonomia jako nauka zasady tej nie respektuje.